4 komentarze
  1. Ciekawe jest to, co piszesz. Zwłaszcza te spostrzeżenia nr 2. Swego czasu spotkałam kilkanaście (no, więcej) osób amatorsko trenujących bieganie. Trudno było z nimi pogadać na jakikolwiek inny temat niż robienie wyniku + wszystko co z bieganiem związane. Czułam się nieswojo, bo ja przychodziłam na trening głównie po to, żeby się czegoś nauczyć, żeby się lepiej czuć, a to, że byłam przez długi czas ostatnia w peletonie, motywowało mnie, powiedziałabym, umiarkowanie. W sensie - cieszyłam się, jak zaczęłam biegać szybciej, ale niekoniecznie płakałam, jeśli od czasu do czasu poszło mi gorzej. Zmierzam jednak do tego, że tendencja nawet nie do indywidualnego, ale i powszechnego nakręcania się jest i mam wrażenie, że w całym tym ostatnim szale bieganiowym wiele osób właśnie w taki sposób ("wynik, wynik, wynik") do zabawy podchodzi.
    Z drugiej strony sama w życiu zwykle dążę do perfekcji, co przejawia się w nieustannym poprawianiu tego, co w zasadzie jest już dobrze zrobione albo czego poprawiać nie trzeba. Na szczęście nie w tej dziedzinie. Biegam sobie ostatnio z fajnym zegarkiem, w który zainwestowałam. Sam fakt, że go mam, cieszy mnie bardzo, dbam o niego i chciałabym, żeby działał długo. Do tego mierzę czas, sprawdzam tempo, jestem zadowolona, jak uda się pobiec szybciej, a nawet chciałabym stopniowo poprawiać wyniki, ale nie mam parcia. Jak się udaje, jest super. Jak się nie udaje, też jest super. Zapisuję się czasem na biegowe konkursy, ale też głównie po to, żeby był "fun", żeby zmierzyć się z samą sobą, ale bez nacisku, bez obsesyjnego myślenia o tym i bez mordęgi psychicznej. I wydaje mi się właśnie, że mimo wszystko da się robić tak, żeby nawet kontrolując wyniki i systematycznie je poprawiając, cieszyć się tym i robić to dla przyjemności. W moim przypadku jest chyba tak dlatego, że nigdy nie spodziewałabym się nawet, że mogłabym być w tym dobra. A skoro nigdy nie będę, to po co się stresować ;) Albo może trzeba mieć obsesję w innym temacie, żeby w tym się jej nie nabawić. Nie wiem, ale nie deprecjonuję całkiem mierzenia czasu i robienia wyników, o ile dają one radość, a nie wywołują presję.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. *nie wywołują presji - rzecz jasna ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Aniu, cieszę się, że tak do tego podchodzisz. Myślę, że interpretacja wyników jest kwestią indywidualną. U mnie nastawienie na efekt wywołuje "odśrodkową" presję. Zamiast czerpać radość z hobby, profesjonalizuję je, dążąc do perfekcji, która w odpoczywaniu jest mi zupełnie niepotrzebna. Hobby ma mnie zrelaksować, a nie spinać. Dlatego u mnie scenariusz nastawiony na wynik się nie sprawdza. We wszystkim, co robię w życiu staram się odnajdywać przyjemność, a dopiero później koncentruję się na efektach, które otrzymuję w pakiecie, niejako w formie gratisu. Tym sposobem omijam stawianie sobie wygórowanych oczekiwań. Mój plan sprowadza się do sentencji: Najważniejszy jest fan z życia. Reszta stoi w kolejce :) i to działa. U mnie :-) u osoby totalnie niezorganizowanej i mającej problem z motywacją i jakąkolwiek formą aktywności ten styl raczej się nie sprawdzi :-) to tak na marginesie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Żeby nie było wątpliwości - nie demonizuję mierzenia czasu w sensie generalnym. Po prostu dla mnie to nie zdaje egzaminu :-)

    OdpowiedzUsuń